Menu

Dakar 2017 Pawła Stasiaczka

  • Oceń ten artykuł
    (6 głosów)

Z dotychczasowych edycji Rajd Dakar 2017 przeszedł do historii jako najtrudniejszy. Bardzo wysokie temperatury (ponad 40 stopni), ulewy, burze z wyładowaniami, śnieżyce w górach, ekstremalne wysokości (do blisko 5 tysięcy metrów n.p.m.) - to wszystko trzeba było przetrwać na ponad 9 tysiącach kilometrów trasy rajdu.

mapa

Wielu nie dojechało, ale ci, którzy tego dokonali to prawdziwi współcześni gladiatorzy. Jak wielką popularnością cieszy się Rajd Dakar nie trzeba nikomu tłumaczyć. Cały świat off-roadowy czeka na to wyjątkowe wydarzenie cały rok. Niestety w polskich mediach relacje ze wspaniałej imprezy są, można powiedzieć, symboliczne. Bo cóż znaczą dwu- lub trzyminutowe relacje, kiedy reporterzy z innych krajów opisują te wydarzenia przynajmniej przez godzinę dziennie.

Jedynym polskim motocyklistą, który ukończył tegoroczny super trudny wyścig, a nie rajd, (chyba nikt nie ma wątpliwości, o czym mowa ) jest Paweł Stasiaczek, krakowianin, prywatnie - syn, mąż, ojciec, zawodowo – Prezes prężnej firmy FarmaProm Polska. 

s1 s2

- Paweł, dokonałeś czegoś o czym marzy wielu naszych kolegów, a może nawet i koleżanek - motocyklistów. Opowiesz nam o tym? Jak to się zaczęło?

- Bardzo lubię jeździć na nartach i grałem kiedyś w tenisa. Z motorami nie miałem nic do czynienia do 33 roku życia. Nie miałem o tym nawet zielonego pojęcia. Z pojazdów dwukołowych w rachubę wchodził tylko rower. Jeśli chodziło o przemieszczanie się, to musiały to być cztery koła. Dopiero, gdy poznałem Michała Hernika zaczęliśmy współpracować, zaprzyjaźniliśmy się i to Michał namówił mnie do kupna motocykla. A że zawsze reagowałem spontanicznie, pomysł wszedł w realizację. Kupiliśmy sobie Yamahy WR - najlepsze motocykle, jakie wymyślił Michał. No i zaczęła się nasza przygoda z jazdą na dwóch kołach. Odkryliśmy uroki tego sportu, czyli Enduro. Później dołączył do nas kolega Sebastian, który miał już duże doświadczenie off – roadowe. Namówił nas na Enduromanię, która odbyła się w Rumunii. Bardzo fajna impreza. Filozofia tych zawodów polegała na tym, że wklepuje się w GPS-a różne punkty i w ciągu tygodnia różnymi drogami usiłuje się do nich dojechać. Zajęliśmy tam trzecie miejsce, z czego byliśmy bardzo dumni. Tam też poznaliśmy Norberta, czyli trzecią osobę do team-u, z którą osiągnęliśmy cel - Dakar.

Później zrealizowaliśmy marzenia Michała -  zakup motocykli Africa Twin. I tak rozpoczęła się wielka przygoda afrykańska – wyjazd na kołach do Tunezji. Naszym celem było dotarcie do polskich motocyklistów w barwach Orlenu - Marka Dąbrowskiego i Jacka Czachora, którzy startowali w rajdzie Libia – Tunezja, żeby im pokibicować. To była nasza pierwsza prawdziwa pustynna przygoda, a więc wszystkie uroki odkopywania i przemieszczania się po piaskach pustyni.

Później kilkakrotnie jeździliśmy do Maroka z kolegą Kajmanem. To tam zaliczyłem pierwszą, porządną glebę, kiedy to jadąc z dużą prędkością, nie zmieściłem się w ostry zakręt. Była tam wymyta przez wodę poprzeczna wyrwa. Niestety przy prędkości ponad 120 km na godzinę  Africa nie wybrała takiej przeszkody i wysadziła mnie z siodła. Lotem ptaka wylądowałem razem z moim motocyklem kilkanaście  metrów dalej na drodze. Spod maszyny wydobył mnie Michał. 

s3 s4

Potem był pomysł kupna starego 34 – letniego Mercedesa (beczka), którym to po wielu perypetiach wyruszyliśmy razem z Norbertem do Kamerunu, do Darka Godawy prowadzącego od 20 lat misje, gdzie dotarliśmy z prezentami - darami dla dzieci. Przejechaliśmy 14 tysięcy kilometrów,  jadąc non stop przez 30 dni z Krakowa do Yaounde. Była to fantastyczna podróż. Kiedy opowiadaliśmy o przygodach, które nas spotkały, Michał wymyślił, żeby jego 40-ste urodziny też miały wyjątkowy charakter. I tak sobie rzucił – Dakar, ale jak później nam powiedział, to była zupełna abstrakcja.

Nie byliśmy zawodnikami, więc pomysł ten był całkiem odjazdowy. Zdecydowaliśmy się jednak pojechać, aby wspomóc Michała w realizacji jego marzenia. Na początku szukaliśmy wsparcia w „Yamaszce”, bo Michał był mocno nastawiony na japońskie motocykle. Chcieliśmy, aby ktoś doradził nam, jak je przerobić. Niestety, nikt nam nie pomógł. Polecono nam, żeby skontaktować się z Jackiem Czachorem i Markiem Dąbrowskim z Orlen team. Zadzwoniliśmy i umówiliśmy się na rozmowę. O dziwo, nikt tam nie umarł ze śmiechu, kiedy zobaczył nas trzech zupełnie zielonych łosi, bo nikt z nas wcześniej nie startował w żadnych zawodach, a chcieliśmy wziąć udział w Dakarze. Ku naszemu zdziwieniu Jacek z Markiem powiedzieli:

-                    Spoko chłopaki, ustalimy wam plan, te motocykle, na których kiedyś jeździliśmy nie są tak bardzo zniszczone, możecie je mieć – odkupić od nas. Zrobicie najpierw licencje krajowe.

s5

Wzięliśmy więc udział w zawodach w Radomiu, potem w kolejnych, bo dwa razy musieliśmy ukończyć zawody typu Cross Country, żeby uzyskać licencje typu B i A. Aby móc aplikować do udziału w Mistrzostwach Świata, w tym przypadku trzeba było przejechać Maroko lub inny rajd międzynarodowy np. Abu Dhabi. No i to Maroko przejechaliśmy. Było z przeżyciami, ale mnie i Norbertowi się udało. Michałowi w ostatnim dniu wybuchł silnik i niestety nie ukończył rajdu. - No to co robimy? Jedziemy do Abu Dhabi. Mamy jeszcze czas. Mamy prawie dwa lata na przygotowania, bo było to w październiku 2013 roku. Przygotowania do Abu Dhabi odbywały się w Hiszpanii. Pojechaliśmy do Dubaju. To był nasz pierwszy rajd po wydmach. Jazda np. przez 300 km po piachu i pustynnych klifach robi wrażenie. Po tym rajdzie już byliśmy zapisani na Dakar 2015. Trenowaliśmy wytrwale. Ja ważyłem wcześniej 96 kg, lubiłem imprezować, ale wszystko się zmieniło. Zaczęliśmy podporządkowywać się własnemu rygorowi.

s6 s7

- A jak Twoja rodzina zareagowała na takie plany?

- Generalnie moja rodzina zdążyła się już przyzwyczaić do moich wariacji. Mimo to wymagało to od nich dużego poświęcenia i wyrozumiałości. Mam przecież normalny dom, rodzinę, firmę. W to wszystko trzeba było wpleść treningi, które nie mogły odbywać się zaledwie raz czy dwa razy w tygodniu. Wielokrotnie jeździłem sześć razy w tygodniu, czasami nawet dwa razy dziennie. Do tego jeszcze treningi fizyczne. Bywało, że wieczorami padałem na twarz.

- Treningi, wyjazdy, obowiązki zawodowe, firmowe – czy trudno to było pogodzić?

- O 5:30 pobudka i trening. Później odwożenie córki do szkoły, praca. Po pracy powrót do domu, jakieś wspólne gotowanie, itd. Te pierwsze dwa lata były trudne. Dopiero się rozkręcaliśmy. Pierwszy rok był najsłabszy treningowo, drugi już o wiele lepszy. Ale gdybym dzisiaj miał powiedzieć, czy byłem przygotowany na Dakar… Nie, nie byłem.. Nie byłem przygotowany. Byłem za słaby fizycznie. Nie potrafiłem na przykład jeździć po mega trudnym terenie typu fesz  fesz. Do tego trzeba było sobie samemu radzić w bardzo wysokich temperaturach do 55 stopni.
Tuż przed wyjazdem do Argentyny Norbert miał poważny wypadek i leczył swój kręgosłup po upadku z 15 - metrowego klifu. Ale pojechał z nami na ten pierwszy Dakar jako nasze wsparcie. Ja z Michałem mieliśmy się wzajemnie wspierać na trasie, żeby jakoś dojechać do mety.

- Jak się przygotowujesz tutaj w kraju do tak ekstremalnych temperatur?

- Chodzę do sauny. Jak nie mam siły na trening, to po prostu pakuję się do sauny i 3 razy po 15 minut w 100 stopniach. Robi wrażenie, ale jest bardzo potrzebne.

- Czy ten motocykl, którym teraz jechałeś, to jest ten sam motocykl, na którym zacząłeś startować?

- Nie, nasza stara Dakarówka typu Mamut, bo tak się na nie mówi, to są te wcześniejsze modele, na których jeździli jeszcze Czachor i Dąbrowski.
Mamuty już wtedy były zastępowane nową wersją KTM-a. Między starą, a nową wersją Mamuta jest ta różnica, że na starym lepiej się jeździ szybko na wprost, lepiej się prowadzi, bardziej się wpasowuje w duże prędkości, ale gorzej jeździ się w trudnych warunkach np. po sypkim piachu, fesz fesz czy podczas wjazdu do rzeki. Łatwiejszy jest ten nowy model, ale bardzo dużej różnicy nie ma.

- A ile ważą takie motocykle?

- Jak się zapakowało i zalało do pełna, plus zapas wody, bo niewiele osób wie, że pod zbiornikiem paliwa przy osłonie silnika jest jeszcze pojemnik na wodę, taki dodatkowy na 5 litrów, do tego jeszcze urządzenia nawigacyjne, i jak tak doliczyć tu kilo, tam kolejne dwa dodatkowego wyposażenia, to robi się te 200 kilogramów.

- Osiągnąłeś cel. Odczuwasz satysfakcję? Czy to mobilizuje cię do kolejnego Dakaru, do kolejnych rajdów? Będą następne Dakary?

- Oczywiście, że jest satysfakcja. Już w kwietniu jadę do Abu Dhabi na następną edycję rajdu. O kolejnym Dakarze jeszcze nie myślałem, ale wirus o nazwie Dakar mam już w organizmie J

- Co było najtrudniejsze, aby dopiąć swego? Przygotowania, sprzęt, organizacja, budżet?

-        Najtrudniejsza jest własna psychika czyli sprawna głowa. Jak w głowie wszystko dobrze działa, to musi być dobrze.
Po akcji z Adamem Tomiczkiem (Tomiczek wycofał się z rajdu – Stasiaczek asystował mu gdy z problemami zdrowotnymi zjeżdżał z ostatniego dla niego odcinka- przyp.W.R.) - z pewnością wiem więcej i lepiej rozumiem, co mogło się dziać z Michałem (Michał Hernik zmarł z przegrzania organizmu na trasie w 2015r.). Żałuję, że nie było dane mi go spotkać tak, jak w przypadku Adama. 

s8 s9

- Powiedz zatem, dlaczego to robisz?

-        Wsiadając na motocykl i jeżdżąc w terenie jestem bardzo szczęśliwy, uwielbiam to robić J Istotne jest, żeby mieć punkt odniesienia do tego, co jest w życiu naprawdę ważne. Obrałem taki kierunek i nikt mnie nie musiał mobilizować do tego, żebym np. rano wcześnie wstawał i ćwiczył, bo to był mój cel. Jak się chce coś zrobić, coś osiągnąć, to trzeba mieć do tego serce, walczyć. Oprócz tego jest jeszcze coś takiego jak szczęście. Jedni je mają, inni nie. Ale warto się zmierzyć ze sobą i swoimi słabościami. 

end1 end2

- No dobra, a masz oprócz tego jeszcze jakieś pomysły na życie?

-        Oczywiście. Mam fajną firmę, wspaniałych ludzi i wszyscy tutaj mamy wpływ na to, co się dzieje w tej firmie. Bo ten świat udało nam się stworzyć wspólnie od podstaw.
Mam wspaniałą rodzinę, która zawsze mnie wspiera i mogę na nich liczyć. Moja mama jest moim chyba największym fanem. Zawsze bardzo mi kibicuje. Ale nie mam wielkich aspiracji, tylko jestem sobą i robię to, co lubię, czyli jeździć na motocyklu. – A ściganie? To nie jest tak do końca, że patrzy się ciągle na wyniki, żeby być np. oczko wyżej. Ja czuję, że moje tempo rośnie i to jest przyjemne, bo to jest moje tempo. 

end3 end4

- Czyli co, będzie kolejny Dakar?

- Nie powiem wam dzisiaj, ale kto wie… Nie mam nic przeciwko, bo to jest fantastyczna przygoda.

- Dziękuję bardzo za rozmowę.

Pozwolę sobie zamieścić tutaj mój ulubiony cytat:

„Idąc drogą, patrząc pod nogi - widzisz drogę, patrząc przed siebie - widzisz perspektywę”.

Paweł, jesteśmy z ciebie dumni. Może twój przykład będzie inspiracją dla innych, którzy oprócz drogi wolą w życiu widzieć również perspektywę. Życzę ci powodzenia i żeby głowa nadal dobrze działała.

Do zobaczenia, kto wie, może i na którymś z kolejnych Rajdów Dakar.

 woj

Z Pawłem Stasiaczkiem rozmawiał Wojtek Rozczyński (NOMAD) 

Fot. z archiwum Pawła Stasiaczka

 


Serwis www.radio.rzeszow.pl używa plików Cookies. Korzystając z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na ich użycie. Aby poznać rodzaje plików cookie, cel ich użycia oraz sposób ich wyłączenia przeczytaj Polityka Cookies.

Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij